Coraz popularniejszy serwis niniejszy, dzięki swojemu zbliżeniu z kręgami pewnej agentki umocowanej w kołach rowerowych, wykrył dobrze (jak dotąd) skrywaną tajemnicę. Warszawska dzielnica OCHOTA dostrzegła swoje powinowactwo z gwiazdą estrad i ekranów - Jolantą Rutowicz. Złożono hołd tej postaci, oraz posiadanym przez nią talentom, zaszyfrowując jej nazwisko w nazwie najpopularniejszego na Ochocie placu:
P L A C N A R U T O W I C Z A.
Nie będzie już Jola zazdrościć Dodzie, że z nią jest Majdan (po ukraińsku - plac).
Cały kraj, miasta i ich dzielnice, przechodzą jakąś metamorfozę. Aż i Ochota przechodzi.
_________________
Na zdjęciu:
Dementuję - "Nic nie wiem o rzekomym braku głosu. Grzegorz dopiero co śpiewał i sie mu rozlegało".
Jazzski.
SENSACJA W KOSMOSIE !!!
Najnowsi uczeni amerykańscy powiązani z kosmonautami rosyjskimi (po dwóch) w stacji "MUP", dokonali sensacyjnego odkrycia nowego prawa natury obowiązującego w przestrzeni. Okazuje się (i podajemy to jako pierwsi), że w kosmosie, wśród nocnej ciszy głos się nie rozchodzi! Gwiezdni podróżnicy badają teraz zagadnienie, czy nie rozchodzi się także zapach. Jak każde badanie naukowe - i to wymaga wielkiej liczby powtórzeń, zanim przyjdzie pewność, co do wyników. Możemy też ujawnić, że ziemskie laboratoria przygotowały na ten lot specjalne zestawy dietetyczne, pomagające wytworzyć odpowiednią do tych badań atmosferę między pozostającymi w nieważkości członkami załogi.
PIERWSZE RONDO DODY
Lotny nasz reporter, jako pierwszy zwrócił uwagę na fakt, przeoczony zdaje się przez wszystkie ważniejsze gazety (z kolorowymi zdjęciami ważnych osób). Fakt mianowicie - że Doda doczekała się swojego ronda. Władze Warszawy, nie wiadomo dokładnie kiedy, postanowiły uhonorować naszą wokalistkę - skandalistkę, uwieczniając jej pseudonim (firmę?; przezwisko?) w nazwie jednego z kluczowych rond stolicy.
Dzisiaj, w godzinach rannych, w dzielnicy Wola nastąpiło komisyjne odczytanie nazwy sławiącego naszą miss elegantiarum ronda: R O N D O D A S Z Y Ń S K I E G O.
CZARTA SZUKAJ W SZPALTACH
Jeszcze pamiętamy, jak Kościół wykrył prawdziwą proweniencję powodzenia "Ruchu Owsiaka". Motywacje działań Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy wywodzą się z inspiracji Szatana, któren niespotykanie sprytny jest, ale jednak zdradził się, podszeptując Owsiakowi hasełko "Róbta Co Chceta". To wezwanie znaczy przecie wprost - nie postępujcie w myśl rozkazań. To zbyt oczywiste nawoływanie ku niestosowaniu się do instrukcji kazanych w kazaniach a przykazywanych w przykazaniach.
Wtedy Kościół wykazał się wzorową czujnością, ale teraz to "Agencja Jazzski" pokazuje swój refleks: Oto wykrywamy próbę powołania do życia nowej gazety o profilu informacyjno-społecznym, która ma przyjąć tytuł "SZPALTA". Dotarliśmy do pliku graficznego, wyobrażającego logo tytułowe. Wykrywamy na nim m. in. powiększony znak # który jak wiemy nosi angielską, wiele mówiacą nazwę "hash". Teraz wszystko jasne: niczego więcej nie trzeba naszej otumanionej przez liberałów młodzieży, żeby odczytać przesłanie "HASZ PALTA" !
Spodziewamy się szybkiej reakcji stosownych władz.
S K A N D A L i S E N S A C J A
JOANNA SENYSZYN - profesor zwyczajny dr hab. nauk ekonomicznych prowadzi blog pod adresem http://senyszyn.blog.onet.pl/. Opisuje m. in skandaliczne kulisy finansowania Świątyni Opatrzności Bożej z pieniędzy wszystkich obywateli, które to środki powierzamy rządowi dla gospodarowania nimi na użytek nasz, a nie całego kościoła odświętnego. Prawo zabrania wydawania ich na budowę obiektów sakralnych, ale dysponenci państwa prawo i sprawiedliwość mieli w .....? - dobrze Państwo zgadują - w nazwie. No, to po co jeszcze ich przestrzegać? Zwycięzców się nie sądzi. Chociaż... tylko do czasu, kiedy do władzy dochodzi - NASTĘPCA. Huuuu!!!
V I O L E T T A V I L L A S
P 0 S Z U K I W A N A
SZUKAMY zaginionej płyty Violetty Villas, płyty wytłoczonej nielegalnie w setkach tysięcy egzemplarzy przez wytwórnię powiązaną z wschodnioniemiecką STASI (czyt. Sztazi) na której okładce widnieje naga piosenkarka w bardzo nieprzyzwoitej pozie z agentami, którzy tylko wtedy i tylko wobec wdzięku Violetty skłonni byli pokazać swoje prawdziwe imponderabilia. Jak podają źródła krynickie i muszyniańskie - znane z wartościowych przecieków - nagrania pochodzą z okresu, kiedy piosenkarka skandalizowała chętnie, np. epatując nagimi atrybutami kobiecości swoje liczne grono kociąt.
G R Z E G O R Z M A R K O W S K I
P 0 S Z U K I W A N Y L I S T E M G O Ń - C Z Y M
GRZEGORZ MARKOWSKI
s. Władysława i Krystyny z domu Tymowicz
ur. 19.09.1974r. w Koszalinie
zam. w Koszalinie przy ul. Kapitańskiej
Poszukiwany przez Komendę Miejską Policji w Koszalinie na podstawie: Listu Gończego sygn. akt IIK 369/99 wydanego przez Sąd Rejonowy w Koszalinie - Ogłoszenie podobnej treści widnieje na stronie http://www.policja. koszalin.pl/ posz_poszukiwani. php. Czynniki zbliżone podają, iż po długich przesłuchaniach, nawet bez użycia przemocy wyszło na jaw, że Grzegorz Markowski s. Władysława i Krystyny nie posiada ani dobrego głosu, ani słuchu muzycznego, a także w ogóle nie powinien się podawać z członka muzycznej grupy młodzieżowej PREFEKT.
KOLEGA SMAK
Właśnie w telewizorze ujrzałem reklamę: Facet w białym kitlu i okularkach z drucików powiada "POLECAM NOWY KREM - KOLEGA NEUTRALNY SMAK".
To znaczy - ja nic nie mam przeciwko gejom, ale to zostało nadane w porze, kiedy telewizory są najgęściej okupowane przez dzieci; to znaczy - ja nie mam nic przeciw temu, żeby dzieci się dowiadywały, że geje używają kremu. Tylko, myślę, że pieniądze wydane na tę reklamę idą w błoto, kiedy emisja rozmija się z grupą docelową.
JAZZSKI UJAWNIA !!!
Prawdziwe wyniki Tootolootka z tego tygodnia
Śledztwo dziennikarskie ekipy "Jazzski-PRESS" ujawniło jeden z poważniejszych skandali związanych z zamianą cyfr na pieniądze - a potem, po przeliczeniu - z pieniędzy na cyfry. W procederze tym stosowano celowo wprowadzany do obliczeń fałszywy błąd, oparty na algorytmie obliczonym przez chińskich matematyków - tych samych, którzy jako pierwsi obliczyli liczę zero z dokładnością do 4108 miejsc po przecinku. W efekcie nasi gracze obstawiali zupełnie inne numery, a całkiem inne wyszły. Jednak jeszcze i te podmieniono, oczywiście nie za darmo. Śledztwo trwa. PRAWDZIWE LICZBY PODAJE SIĘ TYLKO TUTAJ!
Oto one: "7" "9" "10" "11" "28" "49"
Felietony biorą się z bulwersacji, albo z zachwycenia czymś, co staje się na naszych wspólnych oczach. Nie musi to być jęczmień; chodzić może o dokuczlwszą roślinę - na przykład fioła dojrzewającego w głowie urzędowej. Inną jeszcze razą bulwersogenem bywa czyjaś mowa - trawa. A zdarza się nawet chwast i burak pastewny na reprezentacyjnym trawniku publicznie używanej polszczyzny!
Nie wiem, czyja to jest wina, że jednak znakomita większość felietonów powstaje na skutek irytacji. Pewien mój dobry znajomy miał kontrakt na dostarczanie do redakcji felietonu w każdy wtorek. Od środy więc nie odbierał już telefonów. Kiedyś, przy mnie, gdy na jego biurku telefon aż podskakiwał z rozdzwonienia, pytam: nie odbierzesz? - Nie. To dzwoni felieton. - Telefon - poprawiam. - No to sam odbierz. W słuchawce usłyszałem wściekły głos: Felieton!!! Panie Kazimierzu, do cholery, gdzie felieton!!! Znajomy wytłumaczył mi, że na razie nie napisał, bo nic go nie wkurzyło jeszcze w tym tygodniu, więc - o czym ma pisać? Powiedziałem mu, że wystarczy odbierać telefony. Odparł - że ten temat ma już wykorzystany.
Felieton, który później powstał, miał temat: Jak denerwującym jest, kiedy przyłażą koledzy i nie dają pracować.
To było kiedyś. Dzisiaj nie trzeba już czekać, aż wkurzy nas kolega, który uczyni to blado i, rzeklibyśmy, nieprofesjonalnie. Obecnie większość spraw publicznych dzieje się na ekranach t.v. a redakcje przesiewają wiadomości tak, żeby zostały same złe i denerwujące.
Felietonista siada do pracy o dowolnej porze i rozpoczyna ją od włączenia telewizora. To, co się w nim pokaże w ciągu pierwszych dziesięciu minut wystarcza, żeby widza spienić, doprowadzić do białej gorączki, palpitacyj, spazmów i drgania wszystkich kończyn. Ale zawodowiec ma przezornie wszystko pouwiązywane, poza dłonią, którą zwykł pisać. Do niej przytwierdzony jest długopis, albo klawiatura komputerowa. Po kilku chwilach wystarczy dziennikarza odłączyć od odbiornika i standardowo zreanimować - gotowy felieton, pełen jadu, żółci i innych cennych osadów - przesłać do redakcji.
_________________
Manko w więzieniu
Więziennictwo stawia sobie coraz wyższe cele. I czyni słusznie, ponieważ wzrost przeciętnego Europejczyka systematycznie wzrasta. Ale nie tylko takie parametry koniecznie trzeba we wsadzalnictwie przewidywać, o czym przekonuje poniższa historia.
Zdarzył się człowiek, który za zbrodnię okrutną i niewybaczalną przy obecnym stanie wiedzy, został skazany na karę dwudziestu lat bezwzględnego pozbawienia wolności. Przez pierwsze dziesięć lat odbywał on co należy bez specjalnego szemrania, aż znienacka umarł. Jednego klawisza nie pytając nawet, czy może! W ten sposób spowodował w odsiadywalności niedobór, wynoszący dziesięć - jak by nie sprawdzać - lat. I tyle pozostał społeczeństwu winien. No więc narobiło się zaraz mnóstwo sprawiedliwego niezadowolenia, albowiem społeczne oburzenie strasznym czynem jego, bardzo było nieutulone jeszcze.
Wtedy na scenę dziejową wdepnął (przodujący podówczas) Instytut Badawczo - Rozwojowy Więziennictwa, który zaproponował, żeby nieskrzepłego jeszcze trupa na powrót z cmentarnych pieleszy wydobyć, następnie sklonować, szybko podhodować do należytej dorosłości, a wtedy wyegzekwować odeń tę zaległość, czyli wsadzić go i dziesięć lat trzymać, aż się bilans w kartotekach zgodzi. Inicjatywa bardzo się spodobała, a dyrektorkę wspomnianego instytutu obdzielono nawet stanowiskiem głównego prokuratora.
Gdy słowo, czy co tam było na początku, stało się ciałem, poddano je procesom przyśpieszonego rozwoju i kiedy już doszło - aresztowano. Osobnik zamieszkał w nowiuśkiej, przez najlepszych designerów zaaranżowanej celi. Ponawtykiwali mu jeszcze mikrofonów i kamer, żeby w dowolnej chwili cała ta pani big prokurother mogła mieć z nim kontakt. A ona - o tempora, o mores! - sprzedała prawo filmowania jednemu z kanałów telewizyjnych, zapewniając mu przez to lepszą oglądalność, zaś sobie - środki na dalszy rozwój.
Uwięziony siedział w zasadzie grzecznie, chociaż ni w ząb nie rozumiał światłych zasad prawa, podług których go trzymają. Skutkiem tego niezrozumienia raz po raz mu się przydarzało złamać jakiś punkt regulaminu więziennego, czy inny sprzęt. No, i nazbierała mu się wreszcie tych przewin taka ilość, że wymiar sprawiedliwości nie był już w posiadaniu innego wyjścia, jak wezwać go przed siebie i po małym, kameralnym procesie, dołożyć mu trzy lata odsiadki.
I to był dopiero początek prawdziwych kłopotów. Bowiem cały ten Klonowski (tak go ochrzciła telewizyjna widownia) został przez fachowców zaprogramowany precyzyjnie, na równe dziesięć lat, a potem miał się uprzejmie rozpaść i rozłożyć, czy tam odwrotnie. Tak właśnie, skubany, uczynił, nie bacząc, że aktualnie należało się państwu (i publiczności) od niego jeszcze ponad tysiąc dni! Teraz historia się powtórzyła, z tą jednak różnicą, że osobnik rozleciał się za dokładnie. Nie znaleziono przy nim ani jednej dychajacej komórki. No, żywcem, klonować nie było kogo.
Ale ostrze społecznej krytyki tym razem miało już w kogo się wcelować, bo telewizja zdążyła dobrze spopularyzować wybitną postać naszej First Prossecutor - głównej autorki całego sukcesu, czyli skandalu.
Momentalnie powstała specjalna komisja śledcza, składająca się z samych, moralnymi wartościami ziejących, partyjnych działaczy. Członkowie komisji, tradycyjnie już, wygłaszali wielominutowe pytania, ale łatwe, bo zawierające potrzebne oceny i wszelkie należyte odpowiedzi. Tak - że wezwanej wystarczyło samo robienie osłupiałych min i kręcenie głową w najprzeróżniejsze strony, co zapamiętale czyniła, z właściwym sobie prokuratorskim wdziękiem. Jak się w kuluarach spodziewano, odpowiadała prawidłowo, bowiem te trzy brakujące lata w końcu przyznano jej samej.
Niestety, skazana nie mogła przenieść się do celi sławy (telewizja zaproponowała urządzenie jej wprost w studiu - bo po co ciągać tyle kabli po kraju). Pani prokurator zdecydowała bowiem, nabawić się zaburzeń psychicznych, więc zamiast prestiżowego locum zajęła znacznie skromniejsze, bo szpitalne pomieszczenie, ale za to z widokiem na park.
Zanim nasza bohaterka powróci do świata polityki, chce popracować trochę jako naukowiec. Pragnie stworzyć i podarować światu nową, rewolucyjną technologię utylizacji szczątków organicznych. Podobno już ma gruby portfel zamówień.
Logika przymiotnika
Leksykalna logika leży. Polszczyzna - nasze cenne, a wykwintne narzędzie do porozumiewania się - ma wady. Dlaczego do tego doszło, do diaska? Przecież kształtowała się przez tysiące lat, miała zatem czas oszlifować się i poukładać w klarowny, oraz logiczny zasób pojęć i reguł mówienia.
Tymczasem, taki pierwszy z brzegu przymiotnik "dobry" ma następny stopień w brzmieniu "lepszy", chociaż - na logikę - powinien brzmieć "dobrszy". Z tego powodu przymiotnik "lepki" nie może w stopniowaniu przyjąć brzmienia "lepszy" i "najlepszy", bo ono jest już zajęte. Jakim prawem? Przecież to jasne, że mocniej się lepiący jest lepszy - na przykład klej.
Mnóstwo takich, w naszym języku, niesprawiedliwości. Poniżej dowiodę, że wada języka może mieć wpływ na wyniki sportowe i odwrotnie.
Biegacz jest "szybki", stara się być "szybszy", a chce być "najszybszy" i to jest w porządku. Natomiast, gdyby z "szybkiego" musiał stawać się, powiedzmy, "biegszy" a później "najbiegszy" - podczas tej zmiany biegów z pewnością powinęła by mu się co najmniej noga. Nie zapominajmy też o innych podzespołach sportowca. Po co je u gwiazdy stadionów narażać?
Ale unieśmy się do poziomu języka... chociaż, zaraz: Weźmy przymiotnik "duży". Duży powinien stawać się "duższy" i "najduższy", a "mały" - "malszy" i "najmalszy". Z drugiej strony, z najmalszym jest pewien mankament, bo jeśli chodziłoby o zrozumienie przez kobietę... ale tu do wyjaśnień posłuży właśnie sprawny język, który, dobrze, aby był giętki i wykonał wszystko, co pomyśli głowa (ten Słowacki, swoją drogą, figlarz był).
Więc, jeśli byłaby, np: "śliska", "ślissza" i "najślissza", temu odpowiadałoby - "dobrze", "dobrzej" i "ojezusicku!" (to byłby wyjątek). Wtedy może nigdy nie zrobi się w pół do szóstej. A jak się u kogoś stanie, to już lepiej się zawinąć i pójść na ranny trening, wrócić - wziąć kąpiel i - da capo al fine.
Kiedy to nie działa, Ona staje się "ponursza", "gorzksza", "chorsza", aż nie wie po co dalej ma rzyć.
Życzę Państwu jak najdobrzej.
Mowa toalety, śpiew polityki
Polski język jest ciekawy i śliczny. To nic, że jeden brzydki Niemiec powiedział, iż jego brzmienie przypomina spuszczanie wody w klozecie. Za to jedna ładna Polka (których im, widać, brakuje) powiedziała, że ona po nasłuchaniu się języka Germanów ma wyraźną przyjemność w słuchaniu polszczyzny, bo ich narzecze brzmi jak rodzaj kanonady (po której ona rzeczywiście ma nawyk wodę spuszczać).
Wprawdzie nie wiemy czym ona się, bawiąc gdzieś tam w dorzeczu Renu, odżywia. Wychodzi jednak na to, że my nad Wisłą jadamy z większym wykwintem, bo przecież do toalety chadzamy, jak wiadomo, głównie po to, żeby przypudrować nosek, a jak zdarzy się komu - no, naprawdę przy okazji - defekacja, to nam się ona z kanonadą nic a nic nie kojarzy, jeno z odgłosem padania płatków róż na aksamitnej połać poduszki.
Od czasu do czasu z Ameryki wpada odwiedzić nasz stary kraj koleżanka ze studiów, przywożąc ze sobą dwunastoletniego, kilkujęzycznego syna. On, mimo że język polski jest równie dlań zwyczajny, jak pióropusz na Indianinie, natyka się jednak na nowe dla siebie wyrazy, z czego czerpie uciechę. Na przykład: ostatnio padło przy nim słowo "wykałaczki". Zrazu nie zainteresował się tym terminem, jedynie zarejestrował wygląd i położenie przedmiotu w mieszkaniu. Parę chwil później jego mama szepnęła mu, że musi do ubikacji. On jej na to odszepnął "wykałaczki znajdziesz w kuchni, w szafce przy oknie" - rezolut jeden.
- A po co mam brać wykałaczki?
- Nie wiem na pewno, ale nazwa sugeruje, że są pomocne przy usuwaniu kału.
Jęła więc wyjaśniać mu, że Polacy dłubią tym w zębach i tyle.
- Ale wyłącznie w zębach?
- Tylko w zębach.
- Rozumiem. Ale jedzą takie samo jedzenie, jak my w Ameryce, prawda?
- Oczywiście, synku!
Czasem myślę, czy by w ogóle obcych wyrazów precz spomiędzy zdrowych zębów naszego języka nie wykałać. No, bo syn sąsiadów wystąpił ostatnio w telewizyjnym talk show na temat różnych preferencji seksualnych i tam publicznie, przy tym do kamery, określił się jako heteroseksualista. No i teraz, biedak, wraz z całą rodziną ma przechlapane w promieniu paru bloków. Sam słyszałem, paląc sobie na balkonie, rozmowę przechodzących mimo dwóch przysadzistych dam: "Ale wie pani, coś takiego, żeby się w telewizji przyznawać, że się jest jakimś seksualisą, to przecież wstyd na całą rodzinę spada. Ja bynajmniej, to już w tym sklepie nie kupuję, co ta jego matka kupuje".
No, a gdyby chłopina powiedział w telewizorze po prostu "ja tam, lubię kobitki" to by społecznego szacunku nie stracił, a i w najbliższych wyborach sobie mógłby wystartować, bo w końcu w telewizji był? - był. A ludność takie osoby na posłów wybiera? - wybiera.
Tak się akurat zbiegło, że starsi politycy koniecznie chcą już sobie odpocząć, choćby na ławie przesłuchań przed którąś z komisyj sejmowych. Do wyboru mają: śledczą, odpowiedzialności konstytucyjnej, a dla wybitniejszych - trybunał stanu. Główną atrakcją takiej komisji jest to, że na oczach kamer większości stacji TV ciąga się tam delikwentów za język, a w następnych odcinkach rozlicza z tego, co kiedyś wcześniej powiedzieli. Kiedy który pomyli np. kolejność słów, albo jakąś datę, raczej się już nie wygrzebie. I wygrywa komisja. Zabawa jest przednia i coraz bardziej odbiera widownię innym reality shows. Jak dotąd największym wzięciem cieszą się proste sejmowe komisje śledcze, ale prokuratura już, już, coraz umiejętniej nakłania mężów polityki, żeby stawiali się także u jej oblicza. Kiedy wspomniane gremia śledcze "przerobią" już cały dostępny stan osobowy politycznej kadry i poumieszczają wszystkich na ławach, a później w celach, by sobie odpoczęli, będą wreszcie mogły wziąć się za siebie nawzajem. Przecież sprawiedliwość należy się każdemu. Kto się interesował historią, np. Rewolucji Francuskiej, wie o istnieniu pewnego niezawodnego mechanizmu. Koniec końców - dojdzie do samowyzerowania klasy politycznej. Ona stanowi kwiat myśli społecznej, więc na pewno wie, co robi.
I tak jej dopomóż Panie Boże i Wszyscy Janieli.
A teraz poważnie: Nie mam nic przeciw temu, że chłop, albo robotnik mówią po polsku nieskładnie, bo taka jest istota chłopa i robotnika, że "poszli" na rozwój innych umiejętności. Na pewno bezbłędnie orzą, albo murują.
Natomiast po osobach zawodowo używających polszczyzny - wygłaszających teksty wobec licznej widowni, spodziewam się, że wcześniej zadbali o własną umiejętność rozpoznawania znaczeń słów, które zamierzają wypowiedzieć, wiedzę - czy dane słowo jest rodzaju męskiego, czy żeńskiego i znajomość podstawowych zasad jego odmiany.
Rzecz naturalna dla absolwenta gimnazjum jakoś przestaje być oczywista w odniesieniu do, np. dziennikarza telewizyjnego, który najspokojniej mówi, np: "zawodnik należy do jednego z najbardziej utalentowanych lekkoatletów".
Po usłyszeniu z telewizora takiego zwrotu, widz może przyjąć:
a. W sporcie doszło do powrotu niewolnictwa (i zostać wprowadzonym w błąd)
b. dziennikarz ten nie ma wykształcenia średniego, ale widocznie jest krewnym szefa tej stacji (i zostać wprowadzonym w błąd)
c. w Polsce nie ma wolnych mediów i dziennikarz ten, szczególny, jest wsadzony do redakcji siłą przez "Samoobronę" (i zostać wprowadzonym w błąd).
Kiedy w telewizji spotykam się (a spotykam) ze zwrotem "oficjale stosunki pomiędzy obu krajami", mogę przyjąć, że:
a. liczebnik "oba" nie posiada narzędnika, a zamiast niego stosuje się dopełniacz (i zostać wprowadzonym w błąd)
b. (jak wyżej)
c. (jak wyżej)
Młodzież, która, jak wiadomo, chłonie treści telewizyjnych przekazów niczym gąbka, kiedy słyszy (z przyjemnych - nie powiem - ust): "oboma rękami", może przyswoić, że:
a. Rzeczownik ręka jest rodzaju męskiego
b. (jak wyżej)
c. (jak wyżej).
I ZOSTAĆ WPROWADZONĄ W BŁĄD.
Znam przedstawiciela młodzieży angielskiej, który mówi niemal płynnie po polsku (takie czasy) i jakoś udaje mu się w przytoczonych wyżej przypadkach wysłowić prawidłowo. Jak on to robi?
- Pierwsze, co mi przychodzi na myśl, to podejrzenie, że, Angol cwany, musiał kiedyś mieć w rękach podręcznik do gramatyki polskiej. I teraz nieuczciwie wykorzystuje swoją przewagę.
Ludzie zawodowo wypowiadający się w telewizji, mają na koncie takie "osiągnięcia", jak:
* NAUKA (z akcentem na pierwsze A)
* BILBLOTEKA ( z akcentem na O, czasem brak litery I)
* SZCZEGÓŁY (z akcentem na E)
* OKOLICA (z akcentem na drugie O)
* KULISÓW (jakiejś sprawy)
Błędy te nie są lapsusami, nie - wynikiem przejęzyczenia. Form tych użyto świadomie, w mniemaniu że błędami nie są. Ich "autorzy" są, lub uchodzą za ludzi o wyższym, do tego - humanistycznym wykształceniu.
Mam takie niewinne, prostolinijne pytanie - czy oni:
a. wagarowali dokładnie w tych terminach, kiedy w ich szkołach / uczelniach uczono odpowiednich reguł, a potem nikt im nie dał odpisać swoich notatek, czy...
b. uczyli się placówkach komercyjnych, gdzie gwarancję trwałości przyswajanej wiedzy dawano tylko na 5 lat, czy może...
c. za ciężko zarobione przez tatusia pieniądze kupowali sobie dyplomy na bazarze Różyckiego?
Drodzy dziennikarze. Lubię was i szanuję, bo jesteście główną - obok polityków - grupą zawodową publicznie używającą polszczyzny, ale odróżnieniu od nich, można u was obserwować piękne przypadki bezstronnej analizy zagadnień, o których traktujecie. Tylko, dlaczego ja - prosty muzyk - muszę upominać się o poprawność języka ojczystego, który niebawem okazać się może jedyną "ostoją mocy i trwałości Rzeczypospolitej" (bo mężów stanu prędko nie obaczym)?
Czy za bardzo się czepiam? Może nie widzę belki we własnym oku? - Tedy proszę mi wskazać, gdzie w kompozycji użyłem seksty małej tam, gdzie powinna być wielka, albo niepotrzebnie zmniejszyłem kwintę, a - ze spuszczonym na nią nosem - rzucę się uzupełnić własną edukację.
Czego i wszystkim błędnego pióra rycerzom życzę, jakem