STRACH
(opowiadanie)

cknąłem się, na moje rozeznanie, od dłuższego czasu nieżywy. Zegar nie deklarował żadnej znanej mi pory. Zajrzałem w okno - o co chodzi. Tymczasem rzeczywistość spozatąd, poglągała do wnętrza; wejrzała na mnie! - pytająco? Coraz ściślej nic nie było wiadomo.
Ruszyłem podłogą, wpierw infantylnie - wedle wzoru na dywanie, potem celując w okolicę łazienki. Tej, czemuś, nie było - jedynie okolica, wyziewająca opar osobliwego twierdzenia - że do łazienki już chodził nie będę. Ziehhhś - obeszło mnie. Skierowałem się w stronę kuchni. Kuchni nie było w równym stopniu. Kuchenną okolicę omiotłem najszczerszą już obojętnością, koncentrując się dopiero na drzwiach wejściowych.
Czyli wyjściowych. Na klatce, uderzyła mnie jej bezpłciowość, klatczyna do niemożliwości. Ujrzałem, że nikt tu nigdy nikogo nie ucałował, ani nawet nie uszczypnął w tyłek. Dopiero w bramie na dole dawał się rozróżnić klimat jakiegoś mordobicia, przebrzmiałego jednak i zwietrzałego; ponadto - wyleniały bukiet psiego moczu. Wczorajszego co najmniej.
Ulica była nieswoja. Miast śmiałą wstęgą strzelać w przód - poprzez amfiladę nadbiegających skrzyżowań, wiła się nieszczerze pośród przyklapłych, zobojętniałym tynkiem okapujących budowli.
Puściłem się, naturalnie, w stronę przeciwną - komu wiedzieć, czy mniej niewłaściwą. Właściwej strony nie było, choćby wył kto. Toż samo - jej okolic. Były za to tory tramwajowe - kamieniem w kostkach doduszone i zdławione wybulwiałym asfaltem. Nieopodal, mający się ku pęknięciu krawężnik uwierał drzewo w korzeń; ówdzie zapadał się coraz głębiej słup latarniany, a nieco niżej jeszcze, osypywał się w szparę brudny piach i ciurkało podstępnie w zamulonym kanale. Miasto w ogólności było zsiadłe, stęchłe, zużyte. Od pobliskich kamienic pełzł stękający odgłos pięter ciążących ku piwnicom i parterów napierających na sutereny. Natężając uwagę, mogłem pochwycić jęk uciskanego fundamentu. Poruszyło mną - jak na samym spodzie brzydząco płaszczy się... głupi grunt.
Nagle! znienacka czeluść jednej z bram wzionęła mnie wgłąb jakiejś oficyny, rzuciwszy wreszcie na nieduży dziedziniec. Tam, bez nadziei uwikłałem się w nieprzyjemne zwały żelastwa, drutów i kabli. W kablach od dawna nie płynął żaden prąd. Utkwiłem w tej opornej plątaninie na czas niewiadomy - czas, który także ani już biegł.
Wtedy zaatakował STRACH.
Zdawał się wydobywać z czarniawej szopy o pokiereszowanym licu i półślepym oknie, butnie wspartej plecami o narożnik podwórza. Czułem, że wylazł stmtąd nie wszystek na razie. W głównej potędze czaił się jeszcze w głębi owej budy, ale i ta część jego która mnie dosięgnęła, targnęła mną i dreszcz mnie przebiegł - aż zaiskrzyło na końcówkach pobliskich drutów. Resztki orientacji i odwagi w tym momencie wyciekły ze mnie i zdradziecko - mlask! - wsiąknęły w szmelc, zaczajony za piętami bezradnych moich butów. Wijące się (kiedy tylko nie patrzyłem) zardzewiałe ohydztwo wokół mnie, nie dawało zrobić sensownego ruchu wstecz, ani w bok. Jedyny kierunek w którym nie chciało nic mnie powstrzymywać był - w stronę tej szopy, stojącej coraz natarczywiej i złowrogo ziejącej niezamkniętym wchodem. Chociaż solennie postanowiłem opór, każdy mój ruch powodował pewną utratę dystansu, przed którego skróceniem wzdragałem się przecież, i to tak - że znów malał ten, co rusz mizerniejszy odstęp. Z każdym nowym drgnieniem świadomość moją przeszywał nowy pocisk STRACHU, w konsekwencji nasilając dygotanie. Bez ostrzeżenia, gdzieś bardzo blisko, zabrzmiał dziki, niepojęty skowyt - tak pełen trwogi, tak sugestywny, że upadłem. Twarz sięgnęła ziemi. Wtedy, w zgrozie, przyszło mi poznać iż był to krzyk mój własny.
I nie było nikogo, kto poniósłby choć część mojego przerażenia. Oszalały z lęku, wpadałem, coraz okropniej, w nieuchronną czeluść szopy, bezsilnie i śmiesznie rwąc paznokciami kawałki futryny.
*
Wewnątrz, niespodziewanie otulił mnie błogi spokój. Poznałem, że teraz, to JA jestem w szopie!
Strach przepadł, czy może w ogóle nie stąd, był. Skądsiś wyjudaszyły się odwaga z orientacją i nuże mnie dobruchać, że niby "polegajmy na sobie, bo tylko siebie mamy". Tylko, ciekawe, kto teraz poważy się wychylić i ocenić - co na zewnątrz?
- Jednak ja! Zniecierpliwiony przedłużającym się bezpieczeństwem, wychynąłem drzwiami. Prawda - że nieznacznie.
Ha, ha! - odżyłem - Ten BYŁY strach, jeśli pozostał jeszcze gdzieniegdzie, to raczej nie miał już dawnej buty. Drutowisko wyraźnie złagodniało - i już gotowe uginać się pode mną z jakąś niesmaczną, wasalską skwapliwością.
"Nie podoba mi się tutaj" - oznajmiłem prawie głośno - "zabieram się stąd i nie będę tęsknił!"
Ledwie to postanowiwszy, już buńczucznie torowałem sobie drogę pomiędzy kłęby rdzawego złomu i bez przeszkód wydostałem się na ulicę. A tfu! - odwróciwszy się lekko, zelżyłem do szpetoty to zaśniedziałe podwórko z kupą gratów i jakimś... burym kioskiem! w kącie.
Było, jakby, jaśniej. Było na pewno coraz jaśniej. Jak dobrze było złowić wzrokiem, naprawdę jaśniejący obszar nieba. Zamrugałem. O, tak! - W szybie okna wyraźny już promień realnego słońca załamywał się na pęknięciu, tworząc rozweseloną tęczkę. Przeciągając gnuśnie, powoli obróciłem się samą głową i od spodu przyjrzałem krawędzi stołu. Ponad nią widniała szyjka butelki po winie czerwonym, wytrawnym.
A przecież, słowo daję, sam kiedyś ostrzegałem innych: Cierpkie wino - ciężki sen.
***
STRACHQva
(To samo opowiadanie, w języku hlsm - zrozumiałym dla biegłych w OPSM)
wzgórek