strona główna

(muzyka,
opowiadania,
rysunki...)







Przyjaciele
  ARTYŚCI :  


Wojciech
CHMIEL


Witold
HORWATH


Dagmara
SOLECKA


Jan Kubicki
(MITAŚ)


Marta
GUTOWSKA MATULKA


Zofia
KUBICKA
1.RZEŹBA

2.FILM


Danuta
JOPPEK
1.WIKIPEDIA

2.FILM


Stefan
SŁAWIŃSKI
(zm. 2011) 1.MALARSTWO

2.GALERIA


Maria
PODOBIŃSKA - KOSSOWSKA






























































































































































































śmieszne teksty - A do E
śmieszne teksty - F do K
śmieszne teksty - L do O
śmieszne teksty - P do R
śmieszne teksty - S do V
śmieszne teksty - W do Z

 
 

 

 

 




Wstęp wyjaśniający

   Dobry, późny, wieczór Państwu. Tu autor. Czytelnik o delikatnej psychice może jeszcze zrezygnować z dalszego czytania. Kto by się jednak zapuścił dalej, niechaj już tylko ufa współczesnej medycynie, która na pewno dysponuje metodami wyzwalania z wstrząsów.

O mnie

   Urodzenie się było dla mnie wydarzeniem niebagatelnym i cenię je sobie do dziś. Cały dzień urodzin przepędziłem w szpitalu. Nie pamiętam już, co mi było, w końcu - byłem jeszcze malutki.  





 

* * * * * * * * * * * * *

   Po tym wypadku zamieszkałem w Zakopanem. Leżało ono, jak raz, obok tego szpitala. Do kurortu zjechałem windą. Już na wstępie pobytu poznałem kilka dość zajmujących osób. Jak się rychło pokazało - byli to moi: mama, tata i dwaj starsi bracia. Z biegiem czasu nasze stosunki ułożyły się i tak leżą do teraz.
   W domu dzieciństwa było stare, dobre pianino o solidnym brzmieniu. Ono, wraz z pionierskim, bakelitowym odbiornikiem nakręconym na Radio Luxembourg, nauczyło mnie grać coś w rodzaju boogie-woogie, zanim jeszcze ojce posłali mnie do szkół muzycznych. W nich przez następne lata oduczano mnie grania improwizowanego na rzecz profesjonalnej, jaksięnależy, odtwórczości. Dodatkowo w klasach kontrabasu i perkusji wybijano mi ze skażonej głowy swingowanie. Jedynie profesor, kochany profesor od klarnetu, nazwiskiem Klindenberg, mawiał do mnie: Tak naprawdę, kiedy mistrz nie słyszy, graj sobie wszystko, co ci w duszy hula. Technikę klasyczną zawsze możesz nadrobić - choćby pracą.
  Pisywać zacząłem w szkole średniej, w Krakowie. Potrzebny był ktoś kto by pisał paszkwile na profesorów - bo przecież zasługiwali. Poza tym, "poeta" miał lepsze wzięcie u dziewczyn.
   Pierwszy zespół założyłem w tychże szkolnych murach. Grywanie Bitlów i Stonsów oraz długie włosy, były przyczynami pierwszego mojego wylecenia ze szkoły.
   Na pierwszą miłość zapadłem także w Krakowie. ONA nazywała się Alicja Urwipołeć, chociaż marzyła żeby nazywać się Soldi - Sorell. Była artystką w każdej niemal komórce. Dla niej przeistaczałem się w "Szopena", "Szopenchałera", a w porywach i "Trzechwieszczów". Kiedy dowiedziała się, że nie studiuję na U.J., jak sugerowałem, tylko na razie w szkole średniej, udała się po rozum do głowy, oraz już nie wróciła. Ale com przeżył...!
   Pierwsze utwory pisane opublikowałem w czasopiśmie "Radar". Nie wiem, czy przeżył ktoś, kto czytał.
   Najpierwszy "wieczór autorski" na którym jako młokos musiałem własną osobą czytać swoje wiersze, miał miejsce w zakopiańskim Związku Literatów. Do obecnego czasu współczuję uczestnikom tego zajścia.
   Krakowskie "Jaszczury" były sceną, gdzie pierwszy raz dotknąłem klawiszy Hammondów. Stało się owo podczas jakiegoś jam session. Afera ta liczy się też jako pierwszy w życiu występ instrumentalny przed obcą publicznością. To, że przez kwadrans cały nikt nie odpędził mnie od instrumentu, zawdzięczam, zdaje się, osłabieniu obecnych alkoholem. Po tych przeżyciach następowały już tylko drugie i kolejne razy - a to już inny smak. Potem jeszcze niejednokrotnie wyrzucano mnie z różnych miejsc, w których akurat być chciałem. Ja też wyrzucałem - nie powiem - z pewnością też niesłusznie.
    Obecnie żyję od dłuższego czasu, może już nawet przez połowę życia, a cięgle jeszcze naumiewam się czegoś nowego. Kiedy już będę wiedział, o co chodzi - uznam się za uprawnionego do zejścia. Ale, kiedy to raczy nastąpić?

***


rysunki, opowiadania, zakopane, wiśniewski, piotr




strona główna

(muzyka mp3,
opowiadania,
zdjęcia...)







O   Przyjaciołach   z   młodości


  Mam nieodpartą potrzebę w tym kąciku oddać cześć osobom, które przyjały mi, albo ja im, w potyczkach młodego życia. Niektórzy wywarli wpływ na mój rozwój (niechże im bogowie wybaczą).         Siła ich. Wymieniać tu będę długo i nieskładnie, w miarę jak mi się będą przypominać. Hierarchia istotności będzie całkowicie pominięta. Familię i osoby nazbyt współczesne - w tym dziele - pominę
  Na sam przód - honory osobie Aloisa Alzheimera (twórcy choroby własnego imienia), która to zaraza - zaniechaniem mnie - dozwoliła, bym jeszcze to i tamto pamiętał.
  Krzysztof Babicz - przyjaciel od kołyski, po dziś. "Misternej" postury Pana Wołodyjowskiego, ale i jego dzielności. Kochany poczciwiec. Dysponujący basowym głosem (po ojcu - filarze chóru "Wierchy"). W adolescencji wspólnie odkrywaliśmy świat i jego pokusy.
  Jako licealista, nosił miana: Krzysztof Babicz - Babinicz - Przerwa - Jasnorzewski - Tetmajer. Okazjonalnie - Kmicic (Orbis). Na wszystkie te przezwiska zasługiwał z osobna.
    Wybitny nieuk matematyczny. Wielki humanista, człowiek z etyką. Odkrywca i eksplorator nowych obszarów życia. Pamiętam mu obchodzenie "Sylwestra" w fontannie i picie, tamże, wódki z wydrążonej skórki po cytrynie. (I, że tamte dziewczyny obu nam wtedy uległy.) Wynalazca rzeczowników i przymiotników tak osobliwych, że w większości do teraz pozostają tajne - specjalnego przeznaczenia. Na przykład - no nieee... nie mooogę.
Od dawna już mieszkamy daleko od siebie. Zawsze brakuje mi rozmów z nim. Obecnie każdy może go widzieć - jest hersztem Jaskini Mroźnej w Dolinie Kościeliskiej. Dolina Kościeliska jest wybiegiem dla turystów, wybiegającym z karczmy w Kirach.
  Wawrzyniec Brzozowski - Kolega z klasy i sąsiad z ulicy Grunwaldzkiej. Mocno przyjemny człowiek. Od poczęcia - erudyta, od urodzenia - orator. W latach, kiedy pojawił się nam zarost na fizjonomiach, usilnie zapuszczaliśmy brody tymczasowe (poniżej podbródka), coby nas udoroślały. Byliśmy młodymi, natchnieniem podfruwającymi poetami z tego samego klubu literackiego. Dobrze wspominam imprezki, które urządzał w pracowni swojego ojca, kiedy ten ponosił trud wykładów malarstwa w uczelniach Ameryki. W czasach kiedy na prywatkowych adapterach "puszczało się" Deep Purple, Led Zepplin i Hendrixa, Wawrzek kazał gościom pląsać przy walcach wiedeńskich, odtwarzanych na wielkim polifonie, przy pomocy ogromniastych mosiężnych płyt dziurowanych.
Raz wyprawiliśmy się stamtąd po piwo beczkowe do lokalu o nazwie "Górne Kiełbaski". Z braku lepszego wiaderka porwaliśmy z kąta jakiś stary dzban, czy wazę. Mieliśmy szczęście że zacni Górale z kolejki do bufetu, naczynia tego nam nie stłukli. Jak się później ujawniło - było ono antykiem wartym może i cysternę razem z piwem.
  Bronisław Tarnowski - Rzeźbiarz. Hedonista. Uwodziciel. Bywalec. Ktoś - niczym Franz Fischer Zakopanego. Jakże on pięknie pił! Skoro tylko sprzedał rzeźbę - stawiał wszystkim rodakom. Skutkiem tego nazajutrz - najdalej po dniach trzech - budził się, spragnion jeszcze, ale niestety bez centa. W tym stanie nie sposób pracować. Ale Bronek zawsze wtedy umiał znaleźć sobie kogoś, najbardziej niechby nawet nobliwego mieszczanina, i tak uroczo go przekonywać, że uzyskiwał on własną chęć i wiarę w pijaństwo. Następnie ruszał wydobyć - choćby najschowańsze rodzinne pieniądze i szedł do knajpy, napić się - w towarzystwie, ma się rozumieć, Broneczka. Najprzedniejszy kompan, który nigdy nie nudzi. Nie słyszane, żeby ktoś żałował, że przepił z nim polisę, czy wkład mieszkaniowy z książeczki PKO.
  Bronek nigdy o zwadę się nie prosił, ale czasem zwada doprosiła się o niego. Na przykład - kiedy żadną miarą nie szło odczepić go nocą od lady baru. Pił wytrwale - do ostatnich możliwych godzin funkcjonowania dancingu. Ta wyczynowość spowodowała wykształcenie sposobów szybkiej regeneracji "w międzyczasie". Umiał więc przespać się przez kwadransik w pozycji nie zwracającej uwagi obsługi. Jednak, orkiestra czasem musi sobie zrobić antrakt. I wtedy - cóż to - przez gwar gości przebijało się panahrabiowskie chrrrrrrrr. Jednej nocy trzykrotnie wywalano go z tego samego "Jędrusia". Za pierwszym razem wrócił przez kuchnię, za drugim - po kamiennej elewacji, pomiędzy literami neonu i przez okno. Za trzecim podejściem czekał jednak na niego radiowóz, który wywiózł Bronisława kawał drogi w kiurunku Morskiego Oka. Tam powierzono go otrzeźwiającym mocom natury.
  Bronek nauczył mnie paru potrzebnych w życiu rzeczy. Rzeczy, których moja domowa kindersztuba jakoś nie przewidziała.
  Wojciech Kalinowski - Mimo, że długo krzywdzony przez życie, ustrój, a nawet kobiety, zawsze przecież ma zdolność się śmiać i robić kawały. Koncept - przedni. Dowcip wyborny. Jest nie do zdarcia, niczym amerykański samochód w kubańskich rękach. Kiedy ja popadłem w czarną otchłań niedobrego związku, on właśnie wyciągał mnie popołudniami do restauracyj i tam póty restaurował moje gnijące morale, aż na powrót odnajdywałem w sobie artystę. Nic nie szkodzi, że do teraz mi nie oddał - co w tamtych latach pożyczył - kiedyś, przebywając geograficznie najdalej w życiu od Zakopanego, zanostalżyłem za jego Krupówkowymi Postaciami, w tej liczbie za Wojtkiem Kalinowskim, który wyświetlił mi się jako dyjament bezcenny, i w chwili prędkiej potargałem pamięci nikczemnej weksle śmieszne.
  Jerzy Filar - Kolega z podstawówki. Pierwszy raz przyłożyłem doń uwagę, kiedy usłyszałem imię Jurkowego ojca, które było takie samo, jak mojego - Alfons. Imienia tego w całym pobożnym, górzystym regionie nikt by swojemu dziecku, za skarby świata, nie nadał.
  Kiedyś, z jakiegoś powodu, posłano mnie - najmłodszego w domu - do pracy mamy, po obiad dla całej familii. Juczny w przeładowane menażki brnąłem wzwyż ulicą Jagiellońską, gdy nagle zza pleców doszła mię taka mowa: "Co ty, srasz głąbiami?" (rzetelny cytat). Głos należał do Jurka. Mieszkał w pobliżu. Uprzejmie powiadomił mnie, że gołąbki mi z obiadu wypadają.
  Kilka lat później. Młodzieżowy Dom Kultury "Jutrzenka" - pierwsze próby powstającego zespołu bluesowego, na razie bez nazwy. Do dyspozycji mamy trochę zdezelowanego sprzętu, jest perkusista, basista i ja. Brzdąkamy bez nijakiej podniety; pianina nie ma czym wzmocnić, a plumka mdło, jak naciągany makaron. W okolicach trzeciej próby pojawia się gitarzysta z gitarą "własnego wykonu", pomalowaną ręcznie w motyw angielskiej flagi. Patrzę - Jurek. Radość moja wielka. Podłącza swoje ustrojstwo typu "PRL-fuzz" i fortissimo wykonuje motyw z Deep Purple. Żadnego z pozostałych instrumentów nie słychać. Ale czad!!!
Przed następną próbą, czemuś nie możemy znaleźć klucza do naszej salki. Wypytujemy stróża, sprzątaczkę...
- A, zespół muzyczny? - Nie, wy już nie graaacie. Co - nikt wam nie powiedział?
  Bolesław Przetacznik - Najpierw o nim usłyszałem. Znajoma para wydawała five o'clock tea, podczas której ona wyrzucała onemu, że od rana obiecywał wraz z kolegami przetoczyć w drugie miejsce głaz, co tarasuje ogródek. Zamiast tego wszyscy zdążyli jedynie wstawić się winkiem z gąsiora.
- Za mało nas jest do takiego przetaczania. Najważniejszy nie przyszedł.
- Czyli, kto taki? - pyta ona
- Przetacznik.
  Jeszcze tego wieczoru poznałem Bolesława Przetacznika. Postury mi on i fizys powalającej - nie był. Ale rozum!   I w ogóle - jaki piękny Wariat! Opowiadano o Bolku, że podczas powierzonej mu dwutygodniowej opieki nad latoroślą przyjaciół, wpoił czterolatkowi pewien zbiór wyrażeń bliskich językowi np. profesora uniwersytetu. Biedni rodzice, jeszcze długo potem opędzali się od rozmaitych łowców geniuszy, oraz nasyłanych przez nich komisyj.
  Od poznania Przetacznika, życie moje już nie było takim samym. Bom okropnie skłonny ku towarzystwu mądrzejszych ode mnie ludzi. Nie widziałem Bolka już od dobrych piętnastu lat, chociaż, do teraz korzystam z wiedzy przyswojonej z dysput, którym się oddawalim (spożywając przy tym bez umiaru). Bplesław dnie pędził w archiwach muzeów, bibliotekach, księgarniach, lub śród półek przyjaciołowych biblioteczek - na przykład na epistemologicznym dochodzeniu do heloizmu. Ale kolejki nigdy nie ominął; zdrowie, najlepszego! - odpowiadał na czas znad, powiedzmy, Kopalińskiego, czy Brücknera. Być może Bolek sądził o sobie, że jego życie na konsumpcji upływa. Może być - do dziś nie pomyślał, że był Nauczycielem.
  Kazimierz Wesołowski - Z jego strony spotkało mnie samo dobro. Dziennikarz z przeszłością, a przeszłość ta - po przejściach. Duży umysł - w nim przekonanie, że jest jeszcze większy. Spodobało mi się, kiedy nauczył swojego psa reagować na komendy wydawane mocno ściszonym głosem. Pochwalałem nie samo kształcenie słuchu; ja także nie przepadałem za krzykliwością pewnych osób, różnych nieudańców nie mających autorytetu nawet u posiadanych zwierząt. Dzisiaj znów ciepło wspominam samowar u Kazika, wonnym węglem drzewnym napędzany (tylko rękami Mistrza), herbatę, konfitury żoną nasmażone. Pamiętam jak potoczyście, zaraz za werandą, szumiał do nas potok.
  Piotr Nowotny - Artysta - mistrz mówienia i słuchania (obecnie sztuk rzadkich, może zanikających). Dobrze pisał wiersze; jeszcze lepiej recytował je na scenie. Na ogół wygrywał krajowe turnieje recytatorskie. Razu jednego - czy to znudził go Norwid, czy w ogóle wszyscy znużyli poetowie - zgłosił był do wykonania utwory własnego wymysłu. Nie przyjęli. No, to odczekał nieco i zgłosił je pod pseudonimem Olaf Hansen (czy jakoś). Teraz przeszło. I nagrody należne sobie, zdobył.
  Były lata, kiedy zbieraliśmy się u Nowotnego w gęstości dwóch osób na metr kwadratowy po to tylko, żeby dyskutować i słuchać płyt np. "Jesus Christ Superstar", "Osibisy", lub Cannonballa Adderleya. Czasem Nowotny bywał u mnie i też w jazzowych dźwiękach się zagrzebywał.
  Byliśmy w wieku sztubackim - nie dziwota więc, że uganialiśmy się za panienkami. Gatunek ten najobficiej występował w "domach wczasowych". Nasz kolega Zbyszek Frajdenberg dysponował kluczami do wszystkich użyteczniejszych zamków "Janosika" i "Marzenia", z racji kierownikowania w nich przez jego mamę. Tamże kiedyś o południu przyszło nam trzem, szarżować do trzech dziewczyn w dwułóżkowym pokoju. Piotrkowi i jego panience przypadła podłoga z dywanikiem. Cztery pozostałe osoby z wysokości pościelowej przez aklamację orzekły, że pupa Piotrka jest miss pup - z takim porusza się taktem. Znowu wygrał! Zawsze lubiany, najnormalniejszy intelektualista w świecie. Wielki dzisiaj deficyt takich osób!
  Witold Horwath - Wielki, imponujący Horwath. Kiedyś myślało się, że jest zakopiańczykiem - tak często można było zastać go w "Kmicicu" i "ZAiKSie". Nos u niego był piękny - literacki. Tuwim mógłby przy nim się chować. A Witek przecie dopiero do liceum chodził (w dniach, kiedy bawił akurat w Warszawie). Zaprzyjaźniliśmy się dzięki poezji i imprezowaniu (czy odwrotnie?). Ja w owym czasie uważałem, że Horwathowi nie dorówna nikt i w niczem, zaś pewien czas później, kiedy - na studencką modłę - wynajmowaliśmy wspólne mieszkanie na Mokotowie, on niespodzianie ujawnił, że niegdyś miał mnie z mistrza. Mogłoby to razem oznaczać, że polubieństwo nasze, odmiany było szlachetnej. Wyświadczylismy sobie wzajem przysługę niejedną. Nie zapomnę mu jednak, że kiedy - w ramach przysługi właśnie - usilnie odradzałem mu wzięcie żony - nie posłuchał. Karę poniósł za to - że sam sobie tego jeszcze bardziej nie zapomni.      Przeczytania godne są powieści Horwatha. A tu link do strony o nim.
  Ryszard Jan "Koczis" Burek - Długowłosy (kiedyś), romantyk, zakochaniec, zwykle skromny, a znaczący. Miłowała go Ewka z Tatr; miłowały "kmicicowe" przyjacioły i przestać nie myślą.
  Wie o świecie więcej, niż sobie przypisać byłby skłonny. Świat nie ma mu tego za złe, czując że nie byłby światem dość urokliwym, bez Ryśka.
  Pola Kowalska - Dobra, uczynna szatynka z dużymi, ślicznie ukształtowanymi parzystymi przejawami kobiecości, zarazem pociągłej figury. Do dzisiaj można ją oglądać z bliska, ale trzeba iść do kina na jakiś film kręcony w tamtym czasie w Zakopanem i wypatrywać wśród statystów. Miała skłonność do artyzmu i do takich "artystów" jakim wtedy byłem. Kiedy obraziłem się na rodziców i zamieszkałem na Krupowej Równi w namiocie, Pola z solidarności obraziła się zaraz na swoich i wniosła swój karimat (tak się to wtedy wymawiało) do mojego wigwamu. Hipisujący przyjaciele dokarmiali nas, chętnie też znosili swoje instrumenta - nierzadko muzyczne. Przybył namiot drugi, potem kolejne. W końcu zainteresowała się nami milicja. Przenieśliśmy się wtedy nad pewien wodospad, który automatycznie prał nasze dżinsy, podczas kiedy Pola warzyła na prymusie, a ja grałem na fujarze i wiersze układałem. Do pierwszych mrozów udawaliśmy, że tu Kalifornia. Potem nagle czemuś zapałalim uczuciami dorodzicielskimi i wrócilim ku kaloryferom.
Nie mam z nią kontaktu. Pono żyje we Francji.
  Piotr Lipski - Oryginalna "postać zakopiańska". Jak na taką przystało - niepodobny do nikogo w niczym. Za wczesnego młodu matusia obdarzyła go własnym mieszkaniem z przypisanym doń telefonem i pozostałym wyposażeniem. Natychmiast wydoroślał - ale na swój, "piotrkowo lipskowy" sposób. Obsesyjnie odkurzał posiadany ereał podłogi; żaden spadający paproch nie mógł liczyć, że osiądzie niezauważony na wykładzinie. Pościel była zawsze wyprana i gotowa na ewentualnie zdarzyć się Piotrkowi mogącą, przygodę łóżkową.   Marzył o wielkim romansie z wyimaginowaną actressą przynajmniej światowego formatu, przy czym na razie zadowoliłaby go także efektowna blondyna z lokalnej dyskoteki, gdyby taka się zechciała przytrafić.   Piotr Lipski, przezwany "Tiotrkiem" ze względu na układ ust uniemożliwiający mu wypowiadanie głosek "p" i "b", właściwie - w ogóle nie domykał warg. Ta oryginalność teoretycznie mogła dać jakieś przewagi w dziedzinie miłosnej; no, trzeba by jednak trafić na amatorkę.
  Piotrek prawdziwie kochał zespół Jethro Tull z Ianem Andersonem i jego fletem na czele (a na przykład takich "Zeppelinów" - mniej). Posiadał "Dżetrotali Nagrania Wszystkie" na taśmach swego szpulowego magnetofonu GRUNDIG - (a właściwie: ZK-120).  Rzadkie to natamtenczas mistrzostwo kolekcjonerskie.
  Lubiłem go, naturalnie - taki był bezradny i tak rozbrajająco odgrywał gościa, który ma wszystko jak najbardziej "połapane". Kiedy dzwonił do mnie w panice, że trzeba go ratować, bo "magnet" się nie kręci, a przecież "akurat może przyjść do niego kobieta" - szczerze cieszyłem się, że Piotrka zobaczę.
  Zbigniew Frajdenberg -














Uwaga  - Artysta!

  Dagmara Solecka - Dusza polska, ale zameldowana w Niderlandach. Maluje, śpiewa w łazience, w przerwach chodzi do pracy. Łazi po jazzowych koncertach. Cóż to za zepsuty, libertyński kraj!   A to strona artystki. Pozdrówcie ją ode mnie!




 ludzie, przyjaciele, przyjaciółki, przyjacioły, upodobania, kobiecość, fascynacje, zachwyty, obrazy , artyzm, Miastko

Dagmara Solecka - "Miastko"










 przyjaciele, przyjaciółki, gotyckie, przyjacioły, upodobania, fascynacje, artystyczne, zachwyty, obrazy, Niderlandy

Dagmara Solecka - "Niderlandy"









przyjaciele, przyjaciółki, nastrojowe  przyjacioły, upodobania, mrok, dziwne, fascynacje, zachwyty, obrazy jak z cukru Dagmara Solecka - Smycz

Dagmara Solecka - "Smycz"









 artystka, przyjaciele, przyjaciółki, przyjacioły, upodobania, kobieta, fascynacje, zachwyty, obrazy, artystyczne, Dagmara Solecka - Pocałunek

Dagmara Solecka - "Pocałunek" (sprzedany)









przyjaciele, art, przyjaciółki, zakopane, przyjacioły, upodobania, sosnowiec, fascynacje, zachwyty, obrazy, artystyczne, Dagmara Solecka - Macierzyństwo

Dagmara Solecka - "Macierzyństwo" (sprzedany)









przyjaciele, obrazy - Jesień , przyjaciółki, przyjacioły, upodobania, Dagmara Solecka fascynacje, zachwyty

Dagmara Solecka - "Jesień"








strona główna

(muzyka mp3,
opowiadania,
zdjęcia...)





































































































































































































































































































































































Zapisy techniczne w języku hlsm - zrozumiałym dla biegłych w OPSM

wzgó






strona główna

(muzyka mp3,
opowiadania,
zdjęcia...)







jazzski, blues, jazz, opowiadania, muzyka, rysunki


statystyka